Francesco Zippel składa fascynujący hołd Sergiowi Leone, pokazując przez wspomnienia wybitnych filmowców jego miłość do mitu Ameryki i ogromny wpływ na światowe kino.
Żaden sukces nie jest gwarancją artystycznej wolności. „Nazywam się Sergio Leone i kręcę za długie filmy, które trzeba skracać” – kpił reżyser, który przez całą karierę zmagał się z nieprzychylnością krytyków i nieufnością producentów. Mimo że każdy jego film kochali widzowie i niemal każdy przynosił wielkie wpływy. W dokumentalnej opowieści „Sergio Leone, Włoch który wynalazł Amerykę” znakomity twórca wreszcie się doczekał odpowiedniego hołdu. Kogóż tu nie ma! Wspominają go – i analizują jego dorobek – Quentin Tarantino, Martin Scorsese, Steven Spielberg, Clint Eastwood, Giuseppe Tornatore, Ennio Morricone – długo by wymieniać. Są i goście spoza świata kina, np. legenda współczesnego komiksu Frank Miller. A także rozmówcy zaskakujący, bo oto słyszymy z ust legendy kina akcji z Hongkongu, którym jest Tsui Hark, że jego filmy, które inspirowały twórców w Hollywood, były z kolei inspirowane właśnie przez dzieła Sergio Leone. F ilm Francesca Zippela rozszerza to, co mogliśmy kilka lat temu oglądać we francuskim dokumencie „Sergio Leone. Portret buntownika” (2018), koncentrując się nie na sprawach biograficznych, ale na głębokiej fascynacji Ameryką i amerykańskim mitem. Leone był zakochany w westernach oglądanych za młodu, potem rozczarowany przyziemnością amerykańskich żołnierzy okupujących Włochy, ale zawsze zafascynowany potęgą amerykańskiego mitu. Stał się także tego mitu najbardziej wpływowym dekonstruktorem w swoich ostatnich filmach: „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”, „Garść dynamitu” i „Dawno temu w Ameryce”. F ascynujące jest, jak różne rzeczy w dziełach Leone odnajdują rozmówcy Zipella. Spielberg szuka dziecięcych wzruszeń, Tarantino wskazuje trylogię z Eastwoodem jako mistrzowskie kino gatunków, odmiennymi fascynacjami dzielą się Darren Aronofsky czy Damien Chazelle, widzimy unikatowe archiwalne zdjęcia współpracujących Leone i Morricone. No i trudno się nie wzruszyć, gdy Jennifer Connelly wspomina ze łzami w oczach, jak mając lat 11, przeżywała swój pierwszy pocałunek (nie tylko ekranowy) na planie „Dawno temu w Ameryce”, a Robert De Niro mówi, że miał wrażenie, jakby Sergio nie chciał nigdy zakończyć prac nad tym filmem, bo wiedział, że to jego pożegnanie.