Pozbawiona dialogów animacja o przyjaźni Psa i Robota idealnie łączy humor, wzruszenie i gorycz w mądrą opowieść o samotności, stracie i godzeniu się z pożegnaniem.
Niespodzianka wśród oscarowych nominacji dla filmów animowanych, ale Pablo Berger zasłużył na wyróżnienie. Patrząc na konkurencję, zasłużył i na Oscara (jak będzie, zobaczymy 10 marca). „Pies i robot” trafił niedawno na ekrany naszych kin, można więc samemu sprawdzić, jak pierwszorzędna jest to robota. Nowy Jork, lata 80. – w wielkim mieście wiele może się wydarzyć, ale króluje tu samotność, nawet jeżeli mówimy o świecie, w którym amerykańską metropolię zamieszkują antropomorficzne zwierzaki narysowane kreską trochę z Herge’a (twórcy „Tintina”), a trochę z pasków o Dilbercie. Od czego jednak najnowsze cuda techniki – w sklepie można
wśród rozmaitych robotów (nie tylko kuchennych) wybrać produkt „Robot Kumpel” (co ciekawe dla Polaków, marki Amica 2000) i sprawa załatwiona. Pies i robot zostają kumplami naprawdę, a życie w Nowym Jorku wreszcie staje się kolorowe i pełne muzyki. Muzyka jest tu zresztą kluczowa, bo poza tym „Pies i robot” to film bez dialogów – wszystko opowiedziane zostało gestem, ruchem, gagiem. N
ic, co dobre, nie trwa wiecznie, zły los rozdzieli więc przyjaciół. Gdy ujrzycie, co stanie się później, zrozumiecie, dlaczego nie da się zamknąć tego filmu w słowie „komedia” – stanie się bowiem długimi partiami gorzki z elementami tragedii, prowadząc nas
ku niejednoznacznemu zakończenia. I tu czapki z głów przed Pablem Bergerem adaptującym rysunkową opowieść Sary Varon: proporcje śmiechu, wzruszenia i smutku są dobrane idealnie. Przypomina się „Stalowy gigant” Brada Birda, przypomina się znakomita miniseria „Zaginiony Ollie”. „Pies i robot” to nie tylko film z sercem, lecz także mądra przypowieść o tym, że nie nauczymy się żyć, jeśli się nie dowiemy, jak godzić się ze stratą; że pożegnania to taka sama część życia jak ekscytacja tym, co nowe. To także opowieść bardzo, bardzo nowojorska. Z jednej strony hołd dla miasta, w którym wszystko wydarzyć się może (hołd z nutą nostalgii, bo tamtego miasta już nie ma). Z drugiej – smutne przypomnienie, że w stolicy świata samotność jest najbardziej dojmująca, nawet jeśli towarzyszy jej optymistyczna, trochę obciachowa ścieżka dźwiękowa.