„Nieznajomy” to mroczny, powolny i znakomicie zagrany thriller o policyjnej operacji pod przykrywką oraz psychologicznej grze z podejrzanym o morderstwo.
Dwóch mężczyzn spotyka się w podróży. Obaj to rozbitkowie, obaj mają powody, by trzymać się z dala od policji. Ich spotkanie nie jest jednak przypadkowe, obaj coś ukrywają: pierwszy to były więzień, który powtarza, że „nie robi już w przemocy”, drugi szykuje się do ucieczki z kraju pod fałszywym nazwiskiem. To początek gry w kotka i myszkę: rzekomy uciekinier prowadzi zaś nowego znajomego w pułapkę. Kto i dlaczego ją przygotował, w jaki sposób się zatrzaśnie – o tym reżyser Thomas M. Wright opowiada przez dwie godziny thrillera „Nieznajomy”, jednego z najlepszych kryminałów, jakie trafiły na nasze ekrany w mijającym roku. W odróżnieniu od opartego na podobnym pomyśle serialu „Black Bird” czy opowieści o policyjnej robocie pod przykrywką w stylu „Donniego Brasco” „Nieznajomy” jest ostentacyjnie niekomercyjny i powolny. Żadnych strzelanin, efektownych napadów czy ucieczek, wszystko sprowadza się do psychologicznej gry prowadzonej w klaustrofobicznym świecie pokoi hotelowych, pustych podziemnych parkingów, wynajętych na chwilę domów. Nawet niezmierzone australijskie bezdroża zdają się pułapką. Nic tu stałego, trzeba ciągle być w ruchu, najważniejsze to trzymać gębę na kłódkę, robić, co ci każą, i udowadniać, że jest się godnym zaufania. Nagrodą jest jeszcze jeden dzień życia – może i niespecjalnie ciekawego, ale z dala od krat.
Joel Edgerton i Sean Harris tworzą kreacje wybitne. Tego pierwszego oglądamy jako skupionego na tworzeniu iluzji doskonałej agenta w przebraniu bandyty, lecz także w roli ojca próbującego oddzielić brud codziennej roboty od tej resztki rodzinnego życia, która mu jeszcze została. Sean Harris jest przerażający – choć nie oglądamy na ekranie w jego wykonaniu żadnych aktów przemocy, widzimy doskonale mrok, który drzemie w środku. „Niczego nie planowałem” – mówi ze spokojem, ba, z uśmiechem, gdy wreszcie opowiada o swojej zbrodni. Oto zło, które „po prostu się wydarzyło”, jak strzepanie brudu z odzienia, jak rozdeptanie szyszki podczas leśnej przechadzki. Nic godnego uwagi. Zło najbardziej zwyczajne, więc najbardziej szokujące. Jest w tym filmie jedna, jedyna chwila, kiedy milkliwy, twardy detektyw uroni łzę. Nie nad własnym losem, nie nad ofiarą, ale w chwili wątpliwości, gdy wydaje mu się, że takie zło może pozostać nieukarane.