Filmowa adaptacja nagrodzonej Tony sztuki, przeniesiona na ekran przez samego autora tekstu, zamyka bezlitosny dramat rodzinny w ciasnym, jakby żyjącym własnym życiem nowojorskim mieszkaniu. Spotkanie rodziny Blake’ów w Święto Dziękczynienia przeradza się w wiwisekcję relacji, prowadzoną z reżyserską i scenariuszową maestrią rzadką jak na kinowy debiut. Twórca okazuje się odważniejszy i bardziej nowatorski niż inne, równie okrutne kameralne dramaty, budując niepokojący klimat wokół bohaterów niezdolnych do rozmowy o własnym cierpieniu.
Podobnie jak chwalony i nagradzany „Ojciec” Floriana Zellera film „Ludzie” to kinowa wersja hitu teatralnego. I podobnie jak w przypadku „Ojca” przeniesienia dramatu na duży ekran dokonał sam autor tekstu. Stephen Karam zdobył za „Ludzi” nagrodę Tony w 2016 r. (laur dla najlepszej sztuki roku). Film miał amerykańską premierę jesienią ubiegłego roku, u nas przemknął niedawno przez kina studyjne, by zniknąć w czeluściach HBO Max, skąd niniejszym próbuję go wydobyć. „Ludzie” przynależą do dwóch trudnych podgatunków: po pierwsze, chamber stories, czyli dramatów rozgrywanych w niewielkiej, zamkniętej przestrzeni (niekiedy w czasie rzeczywistym), i po drugie, historii o rodzinnych spotkaniach, które przechodzą w psychodramę. W pierwszym przypadku wymagana jest maestria realizacyjna, by rzecz nie stała się zwyczajnie nudna; w drugim maestria scenariuszowa, bo chwyt jest mocno zużyty. W tym przypadku Stephen Karam zapewnia nam jedno i drugie. Opowieść o Święcie Dziękczynienia w rodzinie Blake’ów to bezlitosna analiza międzyludzkich relacji; analiza, która zamienia się wręcz w wiwisekcję.
Poruszamy się gdzieś pomiędzy „Rzeźnią” Romana Polańskiego a okrutnymi filmami Michela Hanekego, jednak Stephen Karam, kinowy debiutant, okazuje się od nich odważniejszy i bardziej nowatorski. W „Ludziach” kolejną osobą dramatu jest przestrzeń, w której historia została opowiedziana. Ponure, zapuszczone mieszkanie w nowojorskiej czynszówce zdaje się żyć własnym życiem, jego układ nie jest dla nas do końca jasny, przestrzeń w filmie Karama rządzi się prawami jak z koszmaru sennego. Nie jest to horror, ale dostajemy coś w rodzaju upiornego, nawiedzonego domu. Tym, co go nawiedza, są bohaterowie i ich problemy, z którymi nie potrafią sobie poradzić. Mają nawet kłopot z ich komunikowaniem: dramat „Ludzie” znajduje się na biegunie przeciwnym do krzepiących opowieści o tym, że w najbliższych znajdujemy oparcie, i w efekcie remedium na nasze kłopoty. Lekcja Karama jest inna: skoro nie potrafimy się komunikować, nie możemy podzielić się naszymi tragediami, to jesteśmy zatem skazani na samotność i cierpienie w samotności. Unieważnia Karam Hemingwaya – każdy człowiek jest samotną wyspą, więc „Ludzie” to okrutny film o okrutnych czasach.