Wizualnie olśniewający sequel konsekwentnie rozwija idee oryginalnego „Blade Runnera”, przenosząc widza do futurystycznego Los Angeles, gdzie posłuszne replikanty pełnią służbę policyjną. Tropiący zbuntowanych pobratymców funkcjonariusz trafia na ślad tajemnicy powiązanej z bohaterami pierwszej części, w tym powracającym Rickiem Deckardem. Mimo skromniejszych wpływów kinowych, produkcja uchodzi za najlepszy film SF minionego roku i rzadki przykład sequela dorównującego pierwowzorowi, a intelektualnie nawet go przewyższającego.
Twórca „Sicario” i „Nowego początku” zrobił film stylowy i mocno inny od oryginału, ale konsekwentnie rozwijający idee, z którymi zmagał się Ridley Scott w oryginalnym „Blade Runnerze” (1982). Znów jesteśmy w Los Angeles przyszłości, na potrzeby pozaziemskich kolonii wciąż produkowani są replikanci, tyle że bezwzględnie posłuszni. Są też policjantami. Jeden z nich (Ryan Gosling), tropiąc swych zbuntowanych braci, trafia na ślad tajemnicy, która nie tylko wiąże się z bohaterami pierwszego filmu (ponownie pojawia się Rick Deckard granego przez Harrisona Forda), lecz także może na zawsze odmienić relacje między ludźmi a sztucznymi istotami. Chociaż „Blade Runner 2049” nie zarobił w kinach tyle, ile oczekiwano, to pozostaje najlepszym filmem SF minionego roku, niezwykłym wizualnym osiągnięciem i rzadkim przykładem sequela dorównującego oryginałowi. A jeśli chodzi o materiał do przemyślenia, to chyba nawet go przewyższa.